Koło Brzeskie Towarzystwa Pomocy
im. Św. Brata Alberta
KRS  0000311370
 1%
Dlaczego dla Nas

"TO JEST KANDYDAT NA OŁTARZE"

Tak zdecydowanie stwierdził Ks. Bp. Józef Pazdur w rozmowie ze mną, kiedy ustalaliśmy moją ewentualną posługę sakramentalną wobec księdza Jerzego. Nigdy tak nie myślałem o księdzu Jerzym. Przez kilka lat miałem z nim bezpośredni, codzienny kontakt i przyzwyczaiłem się do jego zachowania -" bo on taki jest". Teraz z perspektywy czasu widzę, że rzeczywiście, te jego zachowania były na miarę świętości, że miałem to szczęście – jak wielu innych - żyć i przebywać w kręgu jego aureoli. Podobną opinię o nim wyraziła pani Wanda Kozaczyńska, która jako Prezes Zarządu Głównego Towarzystwa Pomocy im. Adama Chmielowskiego współpracowała z księdzem Jerzym przez 10 lat.

W liście do mnie z dnia 13.06.2019r. napisała: " wykazał się za życia niezwykłą heroicznością cnót". Zwróciła się jednocześnie z gorącym apelem o podjęcie starań w celu wszczęcia procesu beatyfikacyjnego. W związku z tym, że te czynności zostały podjęte przez Kurie Opolską, jako postulator został wyznaczony ks. Grzegorz Kublin proboszcz par. św. Antoniego w Luboszycach - postanowiłem i ja wyrazić swoją opinię na temat heroiczności cnót księdza Jerzego Adama Marszałkowicza.

MIŁOŚĆ DOMAGA SIĘ LUDZI, MIEJSCA I ROZTROPNEGO SPOSOBU, W JAKI MOGŁABY UDZIELAĆ SIĘ POTRZEBUJĄCYM

"Ksiądz" Jerzy Marszałkowicz - nie był księdzem, ale tak do niego zwracali się wszyscy i już wtedy był to sposób okazywanego przez nas szacunku wobec jego osoby - odszedł do Domu Ojca dnia 13 maja 2019r. w liturgiczne wspomnienie objawień Matki Bożej Fatimskiej. Brałem udział w obu uroczystościach pogrzebowych i tym, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to zdjęcie księdza Jerzego zrobione w kancelarii Prezydenta, kiedy odbierał ostatnią nagrodę. Nie pamiętam, abym go widział kiedykolwiek tak uśmiechniętym. Tak zapewne wygląda chrześcijańska radość człowieka, który: "bieg ukończył" i zdobył "wieniec sprawiedliwości". Zrealizował w pełni swoje powołanie i doczekał się spełnienia w Bogu pokładanych nadziei. A przecież, należało „uwierzyć nadziei wbrew nadziei”, zakładając cudowną ingerencję Opaczności Bożej. Aby MIŁOŚĆ mogła być zrealizowana, musiała się dokonać swego rodzaju rewolucja społeczna, aby można było zrealizować ów plan, który dotyczył sprawy niebagatelnej: człowieka żyjącego na ulicy, balansującego na granicy życia i śmierci, zbawienia i potępienia, trzeba było prosić i zakładać zdecydowane działanie Opatrzności Bożej. Ów plan zakładał również zaangażowanie wielu osób, bo bez pomocy osób trzecich człowiek z ulicy szanse miał niewielkie. Trzeba było jednak skruszyć „beton” nie mając narzędzi, a to już jest „ nie sprawa ludzka, ale Boska”. Za tą ścianą z betonu kryły się, bowiem konkretne środki i możliwości, dzięki którym MIŁOŚĆ przestaje być tylko tęsknym wzdychaniem nad nędzą ludzką, ale staje się realna, konkretna, staje się miejscem, gdzie człowiek może otrzymać: ciepły kąt do spania, ciepłą strawę, czyste ubranie, a nade wszystko bliskość osoby drugiej, która dzieli z nim ten sam los – tak było w przypadku ks. Jerzego. MIŁOŚĆ domaga się bliskość osoby, która nie tylko pokrzepi ciało, ale nade wszystko pochyli się nad strapieniem duszy, aby ją pocieszyć: „…jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, …” (Iz58,10; z liturgii odpustowej św. Brata Alberta) – w oczach Bożych ta druga pomoc jest niewyobrażalnie ważniejsza.

Patrząc na ów obrazek postawiony na trumnie, zaskoczony takim uśmiechem, odniosłem wrażenie, że ta RADOŚC, która wymalowała się na jego twarzy na tle mieniących się światełek, jest po pierwsze: wyrazem tejże MIŁOŚCI, którą zrealizował w stopniu heroicznym; a po drugie: odbiciem tego szczęścia, które zastał po przekroczeniu progu nadziei w widzeniu uszczęśliwiającym – wiem, że przecież zdjęcie było zrobione za życia w gabinecie prezydenta przy okazji wręczenia nagrody: „Dla Dobra Wspólnego” dn. 09.12.2016r... Pozazdrościłem mu tej radości i pomyślałem: tobie to dobrze, cieszysz się już chwałą wśród świętych, a my tu nadal musimy „na tym łez padole” zmagać się z wszelką biedą. Natychmiast jednak ten żal został pocieszony inną myślą: ale teraz przecież mamy w Niebie orędownika, który bezpośrednio był zaangażowany w życie schronisk i w nasze sprawy – również te osobiste. Powinniśmy je powierzać w naszym prywatnym nabożeństwie nie czekając na oficjalną decyzję Kościoła.

WYTRWAŁA I UFNA MODLITWA

Około dziesięciu lat trwał ów szturm do Nieba, aby mogło nastąpić owo cudowne i zdecydowane wkroczenie Boga w sprawy ludzkie - powstanie stowarzyszenia a szczególnie schroniska należy rozpatrywać w kategorii cudu. Był to bowiem czas stanu wojennego i należało do tego dzieła zaangażować również ludzi niewierzących, a czasami wręcz walczących z kościołem. Bóg niejako "zniewolony" modlitwą świętych - mam na myśli nie tylko ks. Jerzego, ale również osoby które poprosił o modlitwę, głównie s. Karmelitanki z Wrocławia - wlewa w serca wielu osób tyle łaski, że zmienia ich myślenie i postawy. W ten sposób przeciwnik staje się orędownikiem danej sprawy: „Gdy drogi człowieka są miłe Panu, pojedna On z nim nawet wrogów” (Prz. 16,7). Moc Boża wtedy wlewa się w zakamarki dobra, które nosi w sobie każdy człowiek i stają się one wielką przestrzenią na której można budować wielkie dzieła miłosierdzia. Ta łaska jest dana tylko na pewien czas, dlatego niektórzy po pierwszym zrywie zaczęli sie z tego dzieła wycofywać - mam na myśli decyzje pierwszego prezesa Towarzystwa i władz Wrocławia. Bywa również, że ktoś wstrząśnięty potężnym uderzeniem łaski nawraca się i z filantropa staje się miłosiernikiem – w naszym stowarzyszeniu mieliśmy kilka takich przykładów. Działanie Opatrzności Bożej potwierdza w swoim pamiętniku ksiądz Jerzy:

"Ostatecznie powstanie i rozwój Towarzystwa Pomocy należy przypisać Opatrzności Bożej i wstawiennictwu Matki Bożej oraz św. Brata Alberta...". Pojawia się tutaj dość intrygujące pytanie: dlaczego właśnie Wrocław? Przecież inicjatywy utworzenia stowarzyszenia powstały już wcześniej najpierw w Warszawie, potem w Krakowie, a udało się tylko we Wrocławiu - bo Wrocław miał kogoś, kto bardzo podobał się Bogu, miał świętego. W celu zjednania przychylność Nieba, ksiądz Jerzy angażuje Siostry Karmelitanki Bose z Wrocławia. Pisze o tym w liście do sióstr wysłanym z Bielic dn. 13.09.2014 r.: "Towarzystwo Pomocy zawdzięcza swoje powstanie Matce Bożej Miłosierdzia, gdyż do Niej wiele modlitw było zanoszonych przez około dziesięć lat. Pisząc te słowa, myślałem przede wszystkim o modlitwach w kaplicy Sióstr Karmelitanek na Zalesiu we Wrocławiu." Dziesięć lat trwał szturm do Nieba zanim udało się "skruszyć beton" i Polacy mogli się dowiedzieć, że są w naszym kraju ludzie, którzy śpią na ulicy, a Pan Urban rzecznik ówczesnego Rządu nie musiał już wysyłać koców do Stanów Zjednoczonych.  

PIERWSZE SPOTKANIA – CZAS SEMINARYJNY

Księdza Jerzego poznałem w seminarium duchownym we Wrocławiu, gdzie podjąłem studia we wrześniu 1978r.. Karmił bezdomnych na schodach seminaryjnych, a niektórych przyjmował w rozmównicy pochylając się nad jakimiś papierami i bywało, że wychodził z nimi do miasta. Kilkakrotnie miałem z nim styczność w bibliotece seminaryjnej gdzie pracował - dał się tam poznać, jako człowiek o niesamowitej pamięci. Przekonaliśmy się o tym również później w schronisku - w razie potrzeby, potrafił z pomięci odtworzyć dane osobowe łącznie z datą urodzenia. Ta wrodzona inteligencja okazała się bardzo potrzebna w prowadzeniu schroniska.

W 1982 r. po ukończeniu czwartego roku w WMSD we Wrocławiu, opuściłem seminarium i zamieszkałem w działającym już schronisku przy ul. Lotniczej 103/5 . Wspierałem księdza Jerzego aż do rozpoczęcia pełnej działalności schroniska dla bezdomnych w Pępicach. Przez kilka lat mogłem pracować u jego boku ucząc się od niego tej pionierskiej posługi - jak na ówczesne czasy – wobec osób przychodzących z ulicy. Szczególnie cenny był sposób, w jaki szybko nawiązywał osobowy kontakt z bezdomnym. Było w jego zachowaniu „coś”- po prosu świętość – co od razu wzbudzało zaufanie i przekonanie, że na pewno zostanę wysłuchany. W kontakcie wykazywał wielką cierpliwość i niemalże „anielski spokój” nie wykazując zbytnich emocji, co sprawiało, że przedstawiane trudne sprawy traciły swoją tragiczność i rozmówca nabierał przekonania, że „da się to załatwić” i „wszystko będzie dobrze”. Należy zaznaczyć, że wobec bezdomnych ks. Jerzy stosował różną miarę. Wyjątkowo łagodnie i cierpliwie byli traktowani bezdomni proszący o przyjęcie, natomiast stałym podopiecznym stawiał większe wymagania, a nawet karał. Pamiętam sytuację, kiedy siłą z kancelarii wyprosił bezdomnego, który natrętnie przeszkadzał w wypełnieniu jakiegoś dokumentu. Zrobił to tak zdecydowanie i gwałtownie, że wszyscy byliśmy tym wiece zaskoczeni, a najbardziej sam ukarany – Waldek Przychodzeń. Być może ta ojcowska kara, na którą zdecydował się ks. Jerzy była podyktowana tym, że Waldek nazywał go „tata”. I rzeczywiście, była między nimi jakaś więź ojcowsko-synowska. Waldek został później jednym z pierwszych podopiecznych w schronisku w Pępicach i po kilku latach usamodzielnił się. To był jedyny przypadek, jaki pamiętam, kiedy to ks. Jerzy zastosował karę fizyczną. Zasadniczo jednak był bardzo łagodny wobec podopiecznych, co spotykało się ze swego rodzaju naciskiem z naszej strony, aby więcej karać. W rozmowach bronił ich wykazując wielość czynników zewnętrznych, które spowodowały chorobę alkoholową, a na które uzależniony nie miał wpływu. Taki sposób prowadzenia schroniska stawał się również przyczyną sporu z Zarządem Głównym. Biorąc w obronę postawę Ks. Jerzego obiektywnie należy stwierdzić, że sytuacja była trudna: usunięty ze schroniska brał „manele”, przenosił się do parku, koledzy donosili mu jedzenie, a on nadal pił, ale już bez kontroli i ta druga sytuacja była gorsza od pierwszej. Wiedzieliśmy, że jedynym rozwiązaniem tej trudnej sytuacji będzie utworzenie nowego schroniska. Tak tworzyła się koncepcja schroniska Pępicach, którą pielęgnował ks. Jerzy, koncepcja godnego życia, z możliwością gruntownej pracy nad sobą i pełnego nawrócenia.

SCHRONISKO W PĘPICACH

Ksiądz Jerzy miał swój nieoceniony udział w powstaniu schroniska dla bezdomnych mężczyzn w Pępicach i w jego prowadzeniu szczególnie w początkowej fazie jako fili schroniska wrocławskiego. Z niezrozumiałych dla mnie powodów ks. Jerzy sprawę powstania schroniska w Pępicach w swoim pamiętniku w ogóle pominął; a przecież było to drugie schronisko po wrocławskim – w Szczodrem rozpoczęto działalność cztery lata później w październiku 1987r. Należy również zaznaczyć, że schronisko w Pępicach było znakomitym uzupełnieniem schroniska wrocławskiego – trafiali tam bezdomni, którzy mieli pragnienie podjęcia dogłębnej pracy nad sobą i w Pępicach mieli do tego dogodne warunki. Zarząd Główny nie chciał wyrazić zgody na utworzenie nowego schroniska – uważano, że jesteśmy zbyt młodzi - w związku, z czym ksiądz Jerzy podjął starania, aby przekonać członków Prezydium Z. G., udzielając swego rodzaju poręczenia za nas. Rozmowy trwały od stycznia 1984r. - brał w nich udział br. Ryszard. Winiarz obecny kierownik schroniska. W tym czasie w Pępicach mieszkali już bezdomni – pierwszy bezdomny został przyjęty w marcu 1983 r. i byliśmy w sposób pozytywny zaskoczeni ich pełną adaptacją. W maju 1984r. na Prezydium Zarządu Głównego podjęto uchwałę o powstaniu schroniska w Pępicach, jako fili schroniska wrocławskiego, stosunkiem głosów 3 do 3 ze wskazaniem przez prezesa p. Wandę Kozaczyńską. Ta uchwała była osobistym sukcesem Księdza Jerzego i w sposób praktyczny wspierał prowadzenie schroniska, również po utworzeniu Koła Brzeskiego – wrzesień 1986 rok: udzielał instrukcji, co do prowadzenia koniecznych ksiąg, pokrywał częściowe koszty pobytu bezdomnych, pośredniczył w przekazaniu darowizny od p. Piotrowskiej, z czego dokonano pierwszego remontu uruchamiając dodatkowe pokoje. W tym celu wielokrotnie odwiedzał schronisko w Pępicach. Późniejsze kontakty nie były tak częste i ograniczały się do wymiany doświadczeń w ramach Wspólnoty Albertyńskiej. Ostatnia jego wizyta w Pępicach miała miejsce dn. 13.02.2019r. – dokładnie trzy miesiące przed jego odejściem do Domu Ojca. Wracał z Wrocławia do Bielic po wizycie u sióstr: Anny i Mari w towarzystwie p. Teresy Rojek i kierowcy. W naszej kaplicy przystąpił do Świętych Sakramentów – nie upłynął jeszcze czas miesiąca od ostatniej spowiedzi. Ostatnia jego spowiedź przed szpitalem odbyła w Bielicach w Wielki Wtorek – 16 kwietnia. Ta ostatnia wizyta w Pępicach była inna od wszystkich pozostałych: nie spieszył się, był wyjątkowo rozmowny, uśmiechał się, żartował – wspominaliśmy stare dzieje z Lotniczej. Zawsze powściągliwy w słowa, a każda jego wypowiedź musiała mieć jakąś wartość dodaną, budującą, życiodajną, zbawczą. Tym razem jednak „rozluźnił dyscyplinę języka” i padło tyle – wydawało by się - niepotrzebnych słów. Przeczuwaliśmy, że tak jak wcześniej pożegnał się z siostrami, tak teraz żegna się z nami.

ŚW. TERESA OD DZIECIĄTKA JEZUS Z LISIEUX

"Mała droga dziecięctwa duchowego
To jest drugi temat, który został pominięty w jego pamiętniku, a który wymaga uzupełnienia. Zasadniczo, pamiętnik dotyczy powstania Towarzystwa i pierwszych placówek, a nie wydarzeń z jego życia, a tym bardziej duchowych doznań. Nigdy nie koncentrował uwagi na sobie, w centrum był człowiek ubogi, a jeżeli o czymś mówił, czy pisał to "to coś" musiało być powiązane z bezdomnym. Przez ten czas wspólnego posługiwania i mieszkania, nigdy nie usłyszałem z jego ust jakąś historię z jego życia, albo z życia jego najbliższych - a przecież są to historie nadające się na niejeden scenariusz filmowy. On i wszystko inne szło w cień, bo liczył się tylko ubogi i to była jego "mała droga dziecięctwa duchowego" która łączyła go z Tereską. Ten rys pokory był przyczyną, że nie wspomniał o niej w swoim pamiętniku. Wymienia tam ośmioro świętych postaci z których czerpał natchnienie, a Tereski nie wymienia - bo ona nie była czynnym miłosiernikiem nie dotyczyła bezdomnych, ale jego osobistej duchowości. Jej obraz wisiał w jego pokoju na poczesnym miejscu - nad łóżkiem. Tak było we Wrocławiu i tak było w Bielicach. Zachowała się ulubiona jego modlitwa św. Tereski przepisana ręcznie. Koło Bielickie powstało 1 października 1989r. w liturgiczne wspomnienie św. Tereski. Kidy o niej mówił to twarz mu się rozpogadzała i nie krył wzruszenia. Sądzę, że podłożem tego niezwykłego związku był wspólny los duchowego zmagania.
"Najlepsza droga prowadząca do Boga."
W pewnym okresie swojego pobytu w karmelu Tereska zaczęła przeżywać wielki niepokój duchowy - opisuje to w swojej autobiografii. Pojawiły się "wielkie pragnienia" i przekonanie, że ma do spełnienia w Kościele jakąś ważną misję. Te "pragnienia" i "tęsknoty" były tak intensywne i natarczywe, że zakłóciły cały jej pokój i radość; przyniosły jej tyle cierpienia, że - jak sama wspomina - stawały się "męczeństwem". W końcu pod wpływem lektury św. Pawła odkryła, że sercem Kościoła jest miłość. „O Jezu, moja Miłości, nareszcie znalazłam moje powołanie: moim powołaniem jest miłość”- to odkrycie przyniosło jej pokój wewnętrzny. Podobne przeżycia targały duszą Ks. Jerzego od momentu, kiedy w lutym 1956 r. odmówiono mu wyższych święceń kapłańskich z powodu słabego zdrowia. Jego prośba skierowana do nowego rządcy kościelnego we Wrocławiu biskupa Bolesława Kominka z grudnia 1956r. również spotkała się z odmową. W tym czasie imał się różnych zajęć: katecheta, kościelny, bibliotekarz, - wszystko to jednak nie dawało mu spokoju i nie było odpowiedzią na pytanie: gdzie jest moje miejsce w Kościele? Te rozterki i pragnienia w głównej mierze były powodem podjęcia leczenia w Sanatorium dla Nerwowo Chorych w Kościanie – 23 grudnia 1960 roku do 13 maja 1961 roku. Sądzę, że pewnym światełkiem w tunelu, promykiem „w noc ciemną” okazali się bezdomni, którzy pojawiali się na schodach seminaryjnych. Następowało odpowiednie przegrupowanie wartości, że to MIŁOŚĆ jest celem, a kapłaństwo tylko sakramentem służebnym i jak św. Tereska odkrył – może to było dopiero w schronisku po pewnym czasie mieszkania z bezdomnymi – że: „ MIŁOŚĆ jest moim powołaniem". Wskazywało na to jego zachowanie w schronisku przy ul. Lotniczej 103/5. Po wcześniejszych dramatycznych przeżyciach nie było śladu – sądzę, że najtrudniejszy był okres kiedy mieszkał u rodziców, którzy na nim wymogli leczenie psychiatryczne. To już przestało się liczyć, chociaż blizna pozostała. W jego poczynaniach widać było pewność człowieka, który odkrył swoją drogę i miejsce w Kościele, pewność człowieka, który czuje się spełniony w tym co robi i czuje się dobrze w tym miejscu: wszy za kołnierzem, karaluchy w kuchni, odór spoconych ciał i wyziewu alkoholowego, awantury z milicją w tle – to była ta zła strona mocy z którą trzeba było się zmierzyć. Pamiętam sytuacje, kiedy na wezwanie przyjechał radiowóz milicyjny i kilku funkcjonariuszy i chyba tylko kierowca był trzeźwy. Ksiądz Jerzy za wszystko brał pełną odpowiedzialność – wszyscy inni tylko w jakimś stopniu. Przede mną był opiekun, który go okradł. Żeby to wszystko udźwignąć, trzeba było świętości.

TYTAN PRACY

Dla bezdomnych poświęcał cały swój czas. Nie tylko nie brał urlopów, ale i w ciągu dnia nie miał czasu wolnego dla siebie. Do pokoju wracał późno - mieszkaliśmy w wydzielonej dla opiekunów części baraku i w jakimś okresie nasze pokoje sąsiadywały ze sobą. Zauważyłem przez nieszczelność ściany, że w pokoju przez noc świeci się światło - odpisywał na listy najczęściej z Zakładów Karnych. Mało spał, nie miał czasu wolnego, na ciągłym zmęczeniu fizycznym - nie traktował jednak tego jako umartwienie, ale jako konieczność posługi. Brak snu uzupełniał dosypianiem w dzień na siedząco - często podczas rozmowy, kiedy schodziła na tematy mało znaczące. Kiedy podejmował się załatwienia jakiejś sprawy, związanej z konkretnym bezdomnym poświęcał się temu całkowicie, z wielką sumiennością. Bywało, że goście księża musieli czekać aż skończy. Sądziłem, że przy takim trybie życia - pracował nie odpoczywając -" długo nie pożyje", a tym czasem przeżył 88 lat. Moim zdaniem nie jest to sytuacja naturalna ale nadprzyrodzona, udzielona została mu łaska zdrowia wynikająca z planów Opatrzności Bożej.

CZŁOWIEK BYŁ DLA NIEGO SAKRAMENTEM – „Res sacra miser” (nieszczęśliwy jest rzeczą świętą).

Ten napis Seneki umieszczony nad wejściem do jego pokoju tłumaczy powód, dla którego człowiekowi potrzebującemu poświęcał cały swój czas i wszystkie swoje siły. Sądzę, że również właśnie dlatego nie potrzebował tak jak my częstej spowiedzi i Komunii Świętej, przyjmował Jezusa w drugim człowieku. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy w drugim człowieku potrafi się dostrzec obecność Chrystusa (por. Mt 25,31-43). Ta sytuacja uległa zmianie pod koniec jego życia, kiedy to z powodu choroby kontakt z drugim człowiekiem - w sensie konkretnej pomocy - był utrudniony. Bywało, że w ostatnim okresie swojego życia przystępował do spowiedzi w odstępie miesiąca. To by potwierdzało zasadę - jak wielką wartość w oczach Bożych ma MIŁOŚĆ wobec ubogich, chorych, bezradnych, nieszczęśliwych w jakikolwiek sposób, których wolność została ograniczona nałogami niszczącymi ciało i duszę, a brak mieszkania pozbawiał perspektywy na jakiekolwiek leprze życie. Bóg sam w drugim człowieku stawał się pokarmem na tyle, iż rzadkie przyjmowanie sakramentów nie czyniło braku. Trzeba nam jednak wiedzieć, że posługując wobec potrzebującego przy nadarzających się okazjach odmawiał akty strzeliste, które stawały się swego rodzaju spoiwem między Bogiem a człowiekiem. W ten sposób obraz Boga nakładał się na obraz człowieka, co ułatwiało dostrzec w drugim człowieku obecność Chrystusa. W ten sposób, każdy czyn MIŁOŚCI nabierał wartości zbawczej, stawał się swego rodzaju sakramentem wracając do dobroczyńcy jako Boży Pokarm. Twierdze, że taki właśnie mechanizm zależności funkcjonował w życiu duchowym księdza Jerzego. Karmił się Bogiem w drugim człowieku. Dobry czyn wraca do człowieka stając się BOŻYM POKARMEM, a właściwie to sam Bóg staje się pokarmem. Przychodzi i udziela się, niejako z wdzięczności, że został otoczony opieką i nie cierpi biedy. Staje się swego rodzaju nagrodą napełniając swoim Duchem, a mechanizm przepływu tej łaski uruchamia MIŁOŚĆ. MIŁOŚĆ to" Wieka Władczyni" na usługach której pozostają nie tylko cnoty kardynalne jak roztropność, ale i pozostałe cnoty boskie - wiara i nadzieja. Na jej usługi zostały również ustanowione Sakramenty. Ze względu na MIŁOŚĆ nawet trzykrotna modlitewna prośba Syn z Ogrójca: „Ojcze… zabierz ode Mnie te kielich!” - nie została wysłuchana. MIŁOŚĆ staje się celem, a wszystko inne tylko środkiem do osiągnięcia tego celu: bo "Bóg jest miłością" a MIŁOŚĆ jest Bogiem. Wszystko przeminie a ONA zostanie , bo jest wieczna jak sam Bóg. Zrozumiała zatem tutaj staje się zasada, że nie opuszcza Boga ten, który ze względu na dobry czyn opuszcza jakąś modlitwę słowną (por. św. Wincenty a' Paulo, pisma - ksiądz Jerzy czytał jego pisma w oryginale). A nawet należy dodać, że modlitwa czynu - kiedy człowiekowi należy udzielić koniecznej pomocy - ma pierwszeństwo wobec modlitwy słowa. W przypadku księdza Jerzego pokarm Boży jako dar za dobry czyn był tak obfity, że rzadkie przystępowanie do sakramentów nie przynosiło uszczerbku w życiu duchowym. należy jednak tutaj wyraźnie zaznaczyć, że u księdza Jerzego ten dobry czyn miał charakter kompletny, pełny, wykonywany z narażeniem zdrowia fizycznego i psychicznego, ale nie duchowego i w tym sensie był heroiczny. Ponieważ czyn MIŁOŚCI był kompletny, to i Bóg z wielką wdzięcznością i radością - jak sądzę - mógł się udzielić w sposób kompletny. Odmawianie aktów strzelistych w ciągu dnia sprawiało , że wszystko stawało się modlitwą. Ta sytuacja tłumaczy jego dziwne zachowanie, kiedy pytany o coś odpowiadał dopiero po pewnym czasie - chciał skończyć akt strzelisty.

CAŁKOWITE UBÓSTWO

Jego ubóstwo było dosłowne - nie miał "dwóch sukien" (Łk 9,2). Jeżeli miał coś podwójnie, to chyba bieliznę na zmianę. Według wskazania św. Brata Alberta, że mój jest tyko habit i różaniec. Kiedy kupiono mu nową sutannę, powiesił ją na wieszaku i nadal chodził w tej połatanej. Przez ten czas dwa razy zwrócił mi uwagę i jedna dotyczyła sytuacji kiedy z magazynu odzieżowego wziąłem jakieś rzeczy - czy aby na pewno są ci one konieczne? Zrobił to z wielką delikatnością, jakby przy okazji wykonując jakąś czynność w kancelarii, nie patrząc na mnie. Nie stwierdzał tylko pytał, pozostawiając mnie z tym pytaniem. Z rzeczy używał tyko te, które mu były konieczne do funkcjonowania w posłudze. Uważał, że nie musi mieć oddzielnego pokoju i robił wszystko, aby swój pokój dzielić z bezdomnymi, przesłaniając swoje miejsce do spania kotarą. Jego ubóstwo zmierzało ku temu, aby nie używać i nie mieć więcej niż bezdomny. Ubóstwa nie traktował jako celu samego w sobie, ale jako punk wyjścia do posługi. W ten sposób stawał się wiarygodny i mimo, że przyjmował pieniądze od ofiarodawców, nigdy nie został posądzony o nieuczciwość - nosił na szyi sakiewkę w której trzymał klucze i pieniądze.

BYŁ ZNAKIEM

Nigdy nie rozstawał się ze swoją sutanną. Nie pamiętam sytuacji w której widziałby go w „portkach”. Często w celu załatwienia jakichś spraw po Wrocławiu przemieszczał się z bezdomnymi stając się znakiem, że obok jest człowiek potrzebujący, któremu trzeba i można pomóc. Kiedy ksiądz pojawiający się na ulicy z człowiekiem biednym, musiał wzbudzać zainteresowanie, musiały pojawiać się pytania, a może wyrzuty sumienia a on jako znak był swego rodzaju odpowiedzią i wezwaniem, że trzeba i można człowieka podnieść z ulice. Dla mnie stał się znakiem wzywającym, aby oddać się całkowicie MIŁOŚCI nie pozostawiając sobie nic – jak św. Franciszek, jak Brat Albert i przykładem, że również dzisiaj, w świecie zmaterializowany w pogończym szaleństwie aby „mieć”, jest to możliwe. Ksiądz Jerzy tak jak inni święci jest dla mnie: zawstydzeniem, wezwaniem, przykładem i wsparciem.

o. Zbigniew Winiarz CCG
kapelan schroniska dla bezdomnych w Pępicach
i przełożony Domu Zakonnego w Pępicach
Braci Pocieszycieli z Getsemani.